Warsztaty SPELEOnurkowania
Wrzesień 2016

W dniach 23-26 września, a dla uczestników szkolenia linowego nawet dzień wcześniej, w Krakowie odbyła się kolejna edycja Warsztatów SPELEOnurkowania. Zajęcia odbywały się na Przystani AZS Bagry, w tym krakowskim akwenie przeprowadziliśmy także nurkowania. Gościł nas Radek Jurkowski i Klub 5 Fal. Uczyliśmy się i ćwiczyliśmy – jak zawsze – w kameralnej atmosferze, która sprzyja przyswajaniu wiedzy i dokładnemu przyglądaniu się każdemu z uczestników przez instruktora.

Gdy po raz pierwszy padła propozycja zrobienia Warsztatów na Bagrach pomyślałem sobie: „co to za akwen te Bagry, słyszałem, że ledwie kilka metrów głębokości, że to jakieś stare wyrobisko, czy tam można uczyć nurkowań jaskiniowych? Nigdy tam nie byłem, więc zrobimy rozpoznanie bojem”. Moim zdaniem w płytkiej wodzie szybciej wychodzą różne błędy, zwykle szkolę na głębokości w granicach 5-6m, więc jej brak mi nie przeszkadzał. Akwen wymaga przygotowań pod kątem szkolenia jaskiniowego, ale z tego co wiem to Radek Jurkowski już nad tym pracuje. Dno jest zróżnicowane, zarówno muliste jak i piaszczyste. Trochę brakuje pionowych ścian i kamiennego spągu, ale do tych podstawowych technik, które ćwiczyliśmy takie warunki – jak się okazało – w zupełności wystarczyły.

Z mojego, instruktorskiego, punktu widzenia to było 5 dni szkoleniowych: 1 dzień technik linowych, gdzie absolwent Warsztatów sprzed lat, a obecnie specjalista technik linowych Łukasz Korek „Kori” nauczał i pokazywał jak się posługiwać sprzętem linowym oraz 4 dni szkoleń podwodnych, podczas których starałem się przybliżyć uczestnikom specyfikę nurkowania pod stropem zwracając uwagę na ich bezpieczeństwo, pewien charakterystyczny sposób myślenia i techniki, dzięki którym mają szansę przeżyć pod wodą w jaskini w razie jakiegokolwiek problemu, zarówno gdy będą nurkowali solo jak i w zespole, a także niezależnie od konfiguracji – czy to bocznej czy plecowej. Moim zdaniem udało się. Oczywiście 4 dni to tylko preludium do speleonurkowania, te techniki uczestnicy muszą teraz opanować w stopniu doskonałym, pokazać, że nowo nabyty sposób myślenia stał się ich sposobem. Gdy będą gotowi pojedziemy do jaskiń rozwijać umiejętności nurkowania jaskiniowego i speleonurkowania. Zapewne późną wiosną lub latem, na moje ulubione Bałkany. Ale wracając do wspomnień – ja pewnie opisałbym to znacznie mniej ciekawie niż uczestnicy, poprosiłem więc dwóch z nich, Michała Sojkę i Bartka Pitalę, by opowiedzieli o nich z własnej perspektywy.

Bartek Warsztaty podsumował dość krótko:

„Niewątpliwie jest to duża dawka całkiem niespotykanej wiedzy. Uważam się za osobę w miarę oblataną w nurkowym świecie, a jednak Honza patenty i patenciki i gumeczki robią niezapomniane wrażenie. Warto na pewno poznać te techniki, bo jest to wiedza, którą mało kto, wydaje mi się, posiada. Wiadomo – wszyscy stosują „koszerny” DIR, a konfiguracja francuska jakoś znacznie mniej popularna. Po tych kilku nurkowaniach dostrzegam głęboki sens jej stosowania, chociaż ciężko się przestawić będąc już oblatanym w całkiem innej konfiguracji - trzeba samemu spróbować, żeby się przekonać, że warto. Na gębę nie da rady moim zdaniem. No i otwiera się zupełnie nowe pole do manewru i urozmaicenia wizyt pod wodą - dojście do wprawy umożliwiającej wycięcie się z poręczówki w realnych warunkach zagrożenia, a nie daj Boże bez widoczności, zajmie na pewno wiele godzin z tych spędzonych przeze mnie pod wodą. Po prowadzącym widać z kolei, że to co mówi to nie wiedza książkowa - od razu wiadomo, że ma się do czynienia z osobą, która żyje tym tematem i może być uważana za autorytet. Podsumowując: warsztaty zdecydowanie warte przeżycia, nawet dla osoby nie planującej w najbliższej przyszłości regularnych wizyt w jaskiniach. Uczą myśleć, rozwiązywać problemy i ogólnie obycia ze sprzętem i szacunku dla niego.”

Michał Sojka dokładnie opisał poszczególne dni i elementy szkolenia:

Na warsztaty szedłem aby przekonać się czy to całe overhead to coś dla mnie, czy ja na pewno tego chcę. Pytanie czy chcę czegoś więcej towarzyszyło mi podczas całych warsztatów. Moja teściowa stwierdziła, że zwariowałem już całkiem

Piątek: Cholera, spóźniony. Wszyscy czekają. No nic - mówię sobie - wejścia nie miałem zbyt dobrego, ale może jakoś będzie. Dobrze, że kupiłem nożyczki to złapię jakieś plusy. Dzień mija, a ja wraz z jego upływem coraz bardziej myślę sobie "kur.. wariat kolejny, który uwielbia patenty made by GROZA". Guma ze starej dętki i silvertape najlepszym przyjacielem nurka jaskiniowego, noszak z deski z carefour'a wymiata itd. Po zajęciach myślę sobie: "no nic, zobaczymy co będzie jutro, dobrze że nie powiedziałem, że idę na te partnerskie czwartego dnia".

Sobota: Wpadam rano. Patrzę, że nie jestem ostatni. Myślę: „OK, dziś zrobimy coś ciekawego. Dziś zobaczę co i jak”. Nowa konfiguracja sprzętowa. Sidemount na gumkach ze starej dętki. Mówię: „raz się żyje, w końcu przyszedłem tu nauczyć się czegoś nowego”. Kalkuluję sobie w głowie, że uprząż pewnej polskiej firmy to jakieś 1600 z worem. Koszt wykonania mojej bez wora to jakieś 160zł (4 karabinki) + stara dętka samochodowa. No i kolejna sprawa: człowiek nie przygotowany sprzętowo do warsztatów jaskiniowych - nie posiada kołowrotka. To właśnie ja. Myślę sobie „kupować czy nie kupować zachwalany przez gościa kołowrotek?” (zastanawiałem się nad tym do końca). Biorę kołowrotek od "prezesa" z klubu i myślę „nie wygląda jak ich, ale może da radę” (jak się potem okazało nie dał). Pierwsze zajęcia terenowe, czyli poręczowanie na powierzchni. Spoko. Nie do końca idealnie, ale chyba bym przeżył w tym jakże niebezpiecznym środowisku overhead. Poruszanie się, pilnowanie, żeby to dobrze było zastabilizowane i OK. Można wchodzić do wody. (…) Popłynęliśmy. Kolejności nie pamiętam, ale jakoś dopłynęliśmy do miejsca, gdzie Honzo pokazuje, że zawracamy. OK! Jak wracamy to wracamy (potem okazało się, że zbliżaliśmy się do hipotetycznego końca "jaskini”. Wszystko fajnie, dopóki nie przyszło do pływania na plecach. Moje jakże "fantastyczne" zdolności spowodowały podniesienie pięknego czarnego mułu wokół złomka – wraku będącego miejscem ćwiczeń. Ale żyję, bo widzę złomka i chłopaków. Ale coś mi nie gra. Liczę chłopaków i ciągle coś jest nie tak. W końcu wiem (jednak inteligencja pod wodą spada więcej niż 50% ). Brakuje jednego. Ale myślę sobie: widoczność w bagnie nie za dobra to pewnie lewituje gdzieś obok. A tu Honzo wyskakuje z pytaniem: „gdzie jest nurek numer 4?”. Ja wzruszam ramionami. Zaczynają się poszukiwania. Honzo gdzieś tam pływa, a my wesoło sobie wisimy. Ja pomny swego wyczynu z pewną dozą nieśmiałości coś tam staram się zrobić, ale średnio wychodzi. Ale nic to, zguba się znalazła i lecimy poręczować. Maska precz i kolejny psiakostka zonk. Zapomniałem, że mam kask na swoim łbie. To nic, poprawiłem ją tak, żeby była pełna wody i wsadziłem na twarz. Płynę i płynę i świta mi, że mieliśmy zrobić zmianę maski. Wyszedłem ze swojego ciągu. Jestem w kierunku wyjścia i postanowiłem zmienić maskę. Siłuję się z kaskiem (nie mój, pożyczony). Zdjąłem. Wisi sobie na kablu od latarki obok mnie. Zdjąłem maskę i sięgam po zapasową. Wyciągam i nie mogę namacać paska. Klnę pod wodą i zakładam starą maskę. Oczyszczam i widzę jak wesoło pasek w drugiej masce sobie dynda z jednej strony, bo zastosowana konstrukcja (rodem z lat 20 XX wieku) zawiodła. Cóż, teraz wiem, że sprzedam tę maskę. Jako zajebistą do nurkowania jaskiniowego, płaską, bez oprawek, mieszczącą się w każdej kieszeni. Dobra, pora zakończyć tę kompromitację. Po wyjściu omawiamy sobie nurkowanie. No niestety nie miałem zbyt wiele do powiedzenia. Ogólnie nie byłem z siebie zbyt zadowolony. Cieszyłem się, że walczyłem sam ze sobą i nie musiałem "ratować" innych, bo to by się źle skończyło. Po kolejnych nurach wychodzimy, klarujemy się i kończymy piękny dzień. Dziś już lepiej, już pomału dociera do mnie to co ma dotrzeć. To nie środowisko jest dla ciebie niebezpieczne. Sam sobie zrobisz krzywdę większą niż overhead jest w stanie ci zrobić…

Niedziela: Pełen zapału wpadam na zajęcia. Lekko spóźniony, bo Biedronka jednak nie jest tak blisko. Dziś to, co tygryski lubią najbardziej. Będziemy się wycinać. No to lux, przeżyjmy wstęp teoretyczny i chodźmy na ćwiczenia powierzchniowe. Piękna pogoda się zrobiła popołudniu. Milutko, można w ciepełku między drzewami sobie porozciągać poręczówki. Najpierw pokaz. Łeee jakie to łatwe (oczywiście jak ktoś ci mówi co masz robić). Gumki jednak się przydają ;) Pierwsze próby na luzaka, wszystko widzę, wszystko czuję, jest OK. No to utrudnijmy sobie i załóżmy rękawice suche. Pierwsze 4 ruchy w porządku. Ale co zrobić z tą cieniutką poręczówką w grubych rękawicach? Jak zawiązać supeł bez zgubienia któregoś końca? Dało radę. Jakoś się da to zrobić. Po paru razach bez większych trudności. Jest dobrze, to może jeszcze trudniej? Ciemna maska !! No to zaczynamy, moja zajebista pomarańczowa bluza mnie grzeje to dajemy. Doszedłem do pierwszego cięcia i zonk. Hmmm… to jak to się wiązało ten supeł? Nie czuję, nie widzę, czy na pewno dobrze zawiązałem? Ale ufam sobie. Przecież to ćwiczyłem?... To lecimy dalej. Dwie pętle i związać je razem. Ale gdzie te pętle? Kurna, tu jest tyle tej linki... Czy ja na pewno wiąże dobre odcinki tych linek? Tak. Zawiązane. Koledzy się zbijaja, że gadam do siebie, gdy to robię. Pod wodą będę milczał. Obiecuję! Dobra, pętle związane, zostały 3 ostatnie cięcia i powinienem być wolny. Ciach 1. Odcinam kołowrotek. Hmm udało się, mogę go sklarować, bo już nie jest mi potrzebny. Ciach 2. Odcinam jedną część wiążącą mnie z poręczówką. Hmm, udało się, zostało jedno ostanie cięcie. Ale jakoś tak blisko mnie to wypada, coś popsułem, coś źle zrobiłem…Ciach 3. I już wiem podczas cięcia, że coś poszło nie tak. Oczywiście mam to gdzieś, może mnie zalać, byle bym przeżył. Lecę wzdłuż poręczówki do wyjścia, zdejmuję ciemną maskę i już wiem. Moja "zajebista" pomarańczowa bluza ma nową dziurę. No cóż, trzeba kupić jakąś naszywkę nurkową ;)

Ćwiczenia powierzchniowe zakończone. No to pakujemy się do wody. Plan jak wczoraj + kartowanie, bo wczoraj nie wyszło. No to rozkładamy ciągi i ćwiczymy. Znów wychodzenie bez maski i inne podstawowe ćwiczenia. Aż w końcu podpływa Honzo i mówi, że plącze. No dobra, to plączemy. Widzę wszystko (zaplątanie nastąpiło w strefie bezmułowej) Nie było to takie straszne jak myślałem, że będzie. Wyciąć się udało. Czyżby zasługa ćwiczeń powierzchniowych? Nie wybrałem wariantu z czarną maską. Czy żałuję, nie wiem. Czarna maska pokazała swą moc innym razem. Po tym nurkowaniu było całkiem sympatycznie. Podsumowanie po nurku szybkie. Standardowo nikt nie miał większych problemów pod wodą. Ale czy ktoś je kiedyś miał? Nie no, co wy! Zapowiedź kolejnego dnia jest fajna. Wreszcie zespołówka :) Pełen nadziei spadam do domku.

Poniedziałek: No i cóż, ostatni dzień warsztatów. Będzie fajnie. Wiem, że to inny temat, bo to nurkowanie partnerskie. Wracam do swojej podstawowej konfiguracji, czyli twin na plecy. Ale mała modyfikacja: dwa długie manometry i zakręcony separator. Na początku standardowo wykład i jakoś ten czas leci. Nowe wiadomości dotyczące nurkowań zespołowych. W końcu lecimy na dwór/pole (* niepotrzebne skreślić) i zaczynamy. No to zaczynamy z jedną poręczówką. Rozwinięta, a teraz tworzymy zespół nurkowy. Mamy sobie ustalić kto jak, na której pozycji. I już zonk. 4 osoby się średnio mogą dogadać? Hmm dziwna sprawa. Jakoś te ćwiczenia udaje się skończyć, ale w głowie kiełkuje ziarenko: coś jest bardzo nie tak. Zaczynamy sytuacje awaryjne. Zgubienie członka zespołu, brak gazu, awaria światła. Nic nie wychodzi dobrze. Co jest w mordę, sobie myślę. Przecież wiem jak to zrobić. Reszta też wie jak to zrobić. Ale czy na pewno? Już zaczyna się niepewność. Uznajemy, że starczy tego ćwiczenia na powierzchni i chcemy zobaczyć jak nam to wyjdzie pod wodą.

I znów problem. Ale po kolei. Układ taki jak był na powierzchni. Przygotowanie do zanurzenia. Nuramy. Po wstępnych trudnościach wreszcie współpraca zespołu. Mijamy rurę i nagle coś chyba nie tak z tą poręczówką. Myślę nieustabilizowana? Zerwała się? A może to ja mam kłopoty z pływalnością? Dwa dni w innej konfiguracji i zapomniałem jak się nurkuje w twinie? Mówię sobie - skup się bo ludzi "zabijesz". Pierwszy pyta czy OK? Mówię: OK. Pytam Trzeciego czy OK? Jest OK. Ale… patrzę na jego rękę na poręczówce i już wszystko wiem. Gdyby nie mokre rękawice to pewnie wbiłby sobie paznokcie w dłoń, tak kurczowo trzymał tę poręczówkę. Myślę sobie - będzie ciekawie. Widzę Czwartego. Zrezygnowany i jakiś taki, jakby miał dość tego nurkowania. Widzę, że nie ma ochoty pilnować poręczówki, bo pewnie widział czemu ona się tak zachowuje. W końcu powód był przed nim w szyku. No nic, lecimy dalej. Za chwilę kolejny problem. Trzeci zagubił kolegę i nie zauważył. Trzeba szukać. Rozwijam ze szpulki boczne ciągi w poszukiwaniu zagubionego (zachowuję się jak kretyn; przecież nie ma go zapewne już od jakiegoś czasu, to po cholerę szukam go w tym miejscu - ta refleksja przyszła dopiero na omówieniu, po uwagach Honza). Rozwijam drugi, a potem trzeci boczny ciąg i Pierwszy kolega pokazuje mi, że zagubiony odnalazł się. Uff. To może już będzie normalnie. Odnaleziony ma awarię światła. Biorę go za siebie pomiędzy zespół, a sam lecę na pozycję numer 1., ale gubię się. Tracę kontakt z poręczówką i jestem w czarnej d… Tymczasem zaskoczenie. Udało się, widzę koniec jaskini. Nagle nie mogę zaczerpnąć tchu, myślę - ki pieron? Patrzę na manometry. Brak powietrza. Umieram? Gdzie zespół? Paraliż, co zrobić? Czekam jak przyspawany na końcu jaskini? (sic!). Nagle zarys sylwetki. To chyba Pierwszy na poręczy płynie w tym kierunku. Pokazuję mu, że z gazem problem, daj mi coś. Bartek rwie z płetwy do mnie (nuramy razem na co dzień, więc jakoś tak dobrze nam się pływa). Kolejny błąd: zespół rozerwany. Bartek daje mi gaz. Mówię mu - wracamy. Kończymy, na dziś mam dość. Wracamy po poręczy, widzę Trzeciego, pokazuję mu, że nie mam gazu, jestem na cycku i wracamy do wyjścia, a ten stoi. Myślę sobie - za dużo na raz mu pokazałem. Pokazuję jeden znak: do wyjścia, koniec nurkowania. On dalej stoi. Myślę - odcięło chłopaka. Narkoza? Paraliż? Co on palił przed tym nurkowaniem? Dobra, Honzo pokazuje koniec.

Ostanie nurkowanie bardzo jasno mi pokazało jak lawinowo rosną problemy w zespole nurkowym. Jedna osoba spowodowała kupę nieszczęść. Myślę, że na chwilę obecną bardziej skłaniałbym się do nurkowań solo niż w jakimkolwiek zespole. Na pewno nie w zespole, z którym nigdy nie nurkowałem.

Podsumowanie warsztatów:

Dzięki Honzo za pokazanie wierzchołka góry lodowej. Po tych warsztatach wiem, że chcę tego. W jaki sposób? Solo czy zespół - nie potrafię odpowiedzieć. Solo jest o tyle dobre że polegam tylko na sobie. Wiem co potrafię, jak jestem wyszkolony. Znam swoją psychikę. Wiem co mnie przeraża i czego się boję. Jak opanować swoje lęki też już trochę wiem (autobus z "prezesem" mi dał pewne wskazówki). Poza tym wolę rozwiązywać swoje problemy, a nie zastanawiać się czy osoba, z którą akurat nurkuję nie robi w gacie ze strachu lub czy dobrze sobie policzyła gazy i pilnuje zużycia. Druga strona medalu jest z kolei taka, że jak masz zgrany zespół ludzi nurkujących ze sobą w różnych warunkach i mających sporo sytuacji za sobą to jest świetnie. Wiesz, że możesz polegać na partnerach. Znasz ich reakcje. Wiesz, że pomogą. Ale znaleźć takich ludzi? To już jest całkiem inny problem.

Honzo, pokazałeś mi, że tak naprawdę to największym wrogiem w overhead człowiek jest sam dla siebie. Moja psyche mnie zabije lub wzmocni. Tak więc trening i trening. Dałeś wskazówki co i jak robić i mam nadzieję, że kiedyś będę mógł doskonalić się dalej z Tobą. Może na jakiejś wyprawie? Jeszcze raz dzięki za pokazanie innego wymiaru nurkowania.

W Warsztatach uczestniczyli: Michał Sojka, Bartłomiej Pitala, Michał Pahl i Piotr Lubaczewski, prowadził Dominik Graczyk „Honzo”. Gościliśmy także Jurka Lelito, Jarka Malinowskiego z Beatą Niebylicką oraz Annę Budziarek.

Dziękujemy AZS Bagry i Klubowi 5 Fal za gościnę i miłe towarzystwo, a braciom Zapiór z Armada Finanse za urozmaicenie czasu spędzanego w Krakowie.

Tekst:

Michał Sojka, Bartłomiej Pitala i Dominik Graczyk „Honzo”